Sytuacja patowa
: 14 sie 2006, 12:17
Zastanawiałem się czy po raz kolejny się uzewnętrzniać na forum z moim problemem, który już zaczyna przypominać marną telenowelę. Jeszcze kilka dni temu nie zastanawiałbym się, bo nie miałem żadnych wątpliwości i wiedziałem w którą stronę mam podążać. Dziś sytuacja jest jednak na tyle pogmatwana, że sam się już w tym wszystkim pogubiłem. Istny pat.
Oczywiście chodzi o miłość. Niektórzy znają mój problem dobrze, niektórzy nie. W marcu zaczęliśmy być razem, totalne zauroczenie, nie mogliśmy żyć bez siebie. Kobieta wrażliwa, subtelna, normalna i piękna. Po kilku miesiącach kochałem i byłem kochany. Jedyne czego się obawiałem to fakt, że dziewczyna była kilka miesięcy po zakończeniu długiego związku z mężczyzną, którego bardzo kochała. I moje obawy się potwierdziły. Dwa miesiące temu zaczęły Jej wracać wspomnienia, nastąpiło wyraźne osłabienie emocji między nami, popadła w jakąś depresję. Usłyszałem, że w Jej sercu jest nadal były. Warto nadmienić, że ów były jak się dowiedział że Ona jest szczęśliwa w związku z kimś innym to strasznie zaczął napierać na ponowne zejście się, od dłuższego czasu nie dawał nam normalnie żyć, dzwonił, pisał, zapewniał jak się zmienił - a zanim zaczęliśmy być razem to Ona płacząc w poduszkę czekałana takie zapewnienia. Więc odszedłem. Jednak juz po kilku dniach odezwała się do mnie, dała mi znać że myśli o mnie i że chce sobie z tym poradzić, że chce być ze mną. Przez tydzień dużo rozmawialiśmy, naprawialiśmy to i wróciliśmy do siebie w glorii i chwale. Miłość znowu kwitła, więc podjęliśmy pierwsze próby mieszkania razem. Sielanka kwitła do pierwszych dni sierpnia. Wtedy mieliśmy pierwszą w naszym związku sprzeczkę, dość poważną. Mniejsza o co poszło, ale nastąpiło ochłodzenie stosunków. Sprzeczka to bzdura i powinniśmy z niej wyjść bez szwanku, jednak Jej pojawiły się wątpliwości co do mnie czuje przeplatane z myślami o byłym facecie. Poważna rozmowa zakończyła się równie poważnymi wnioskami: ponownie ma wątpliwości, ponownie myśli o byłym i zastanawia się czy coś do niego czuje, jednocześnie czując odpływ uczucia do mnie. W zasadzie się rozeszliśmy, jednak nie mówiąc sobie o tym wprost. Kilka dni później przystała na propozycję byłego dot. spotkania. Wściekłem się niemożebnie, padły ostre słowa, wzbudzając w Niej poczucie winy. Płakała. Dwa dni później spotkaliśmy się, oddałem Jej rzeczy. Była smutna bardzo...chciała porozmawiać. Spotkaliśmy się więc w sobotę. Długo rozmawialiśmy, powiedziałem że nie mam do niej żalu, że na brak uczucia nie można nic poradzić, że to był tylko epizod (choć wspaniały) i żeby się o mnie nie martwiła, bo sobie poradzę, nie chcę Jej litości. Powiedziałem (i czułem to), że najlepszym rozwiązaniem dla obojga, najzdrowszym będzie całkowite zerwanie kontaktu, bo ja się wtedy szybciej wyleczę i będę miał czyste serce z miejscem na nowe uczucie. A Ona? Strasznie się popłakała, przytulałem ją chyba z godzinę bez słów (bolało...). Pocałowałem i odszedłem. Straszny ból czułem i rozerwanie, bo w tej rozmowie widziałem i słyszałem, że Ona coś do mnie czuje. Wróciłem do niej po godzinie, nie myślac chyba co robię. Nadal płakała. Ucieszyła się, że przyjechałem. Kupiłem butelkę wina i siedzieliśmy do późna gadając o wszystkim i o niczym, przeplatając luźne tete-a-tete nawiązaniami do naszej sytuacji. Zostałem do rana. Następnego dnia zjedliśmy śniadanie i spędziliśmy cały dzień razem. Cudowny dzień, znowu była taka jak zawsze, ja też. Szukała kontaktu (dłoń), kładła głowę na moim ramieniu, patrzyła się długo w moje oczy. Rozmawialiśmy też długo na nasz temat, niestety nie dochodząc do żadnych konkretnych wniosków.
Dlaczego nie doszliśmy do żadnych wniosków? Dlaczego jest to sytuacja patowa?
Z jednej strony wychodzi na to, że nie możemy bez siebie żyć. Patrzy na mnie jak na obrazek Proroka Ezechiasza. Przytula się do mnie, łapie za rękę. Kiedy mówię w sumie na luzie, że nam nie wyszło, to pojawiają się Jej łzy w oczach. Kiedy mówię (trochę mam wyrzuty sumienia za tą zagrywkę), że jest ktoś z kim chciałbym spróbować jak już się uspokoję emocjonalnie to też ma łzy w oczach. Ciekawi ją (zazdrość!), jaki mam stosunek do panny A czy panny B...W końcu powiedziała smutno, że boi się że za jakiś czas będzie płakać że straciła najważniejszą osobę w swoim życiu. Wybaczcie mi nieskromność, ale widzę jak Jej imponuję swoją osobowością, wrażliwością, widzę jak na mnie nadal patrzy...Ciekawe jest też to, że powiedziała, że z były się spotkała bo chciała zmierzyć swe niewytłumaczalne tęsknoty z rzeczywistością. I co? Nic nie poczuła, żadnego ukłucia w sercu gdy zobaczyła, wręcz gość wzbudził w Niej negatywne odczucia. Ja natomiast wzbudzam w Niej zarówno uczucia pozytywne jak i sprawiam, że czuje to sciskanie w dołku...
Z drugiej strony już kiedyś wróciliśmy do siebie, już miała wątpliwości i czuję że gdybyśmy teraz zeszli się ponownie to znowu jej chwiejność dała by o sobie znać. Znowu za jakiś czas mógłbym usłyszeć, że nie wie co do mnie czuje...A jeśli nie to żyłbym w strachu, że to usłyszę.
Stale utwierdzam ją w przekonaniu, że musi być sama, że to nie ma sensu (jednocześnie jestem przy niej, dziś się znowu widzimy - Ona jest trochę dla mnie jak narkotyk), że musi uporządkować siebie. I Ona wie o tym. Jednak daje mi cały czas do zrozumienia, mówi o tym, że bardzo by chciała żebym poczekał, bo Ona się uporządkuje wewnętrznie. Jednocześnie nic ode mnie nie oczekuje, nie chce mnie wykorzystywać. Powiedziałem Jej że ja nie lubię poczekalni a kolejki mnie wkurzają. I mimo że bardzo bym chciał, to się boję braku gwarancji i straconego czasu, że muszę iść do przodu, by kiedyś znaleźć nową miłość...i znowu Jej smutno...i znowu łezka płynie po Jej ślicznym policzku...
Przecież to jest PAT!!! Co ja mam zrobić?????
Oczywiście chodzi o miłość. Niektórzy znają mój problem dobrze, niektórzy nie. W marcu zaczęliśmy być razem, totalne zauroczenie, nie mogliśmy żyć bez siebie. Kobieta wrażliwa, subtelna, normalna i piękna. Po kilku miesiącach kochałem i byłem kochany. Jedyne czego się obawiałem to fakt, że dziewczyna była kilka miesięcy po zakończeniu długiego związku z mężczyzną, którego bardzo kochała. I moje obawy się potwierdziły. Dwa miesiące temu zaczęły Jej wracać wspomnienia, nastąpiło wyraźne osłabienie emocji między nami, popadła w jakąś depresję. Usłyszałem, że w Jej sercu jest nadal były. Warto nadmienić, że ów były jak się dowiedział że Ona jest szczęśliwa w związku z kimś innym to strasznie zaczął napierać na ponowne zejście się, od dłuższego czasu nie dawał nam normalnie żyć, dzwonił, pisał, zapewniał jak się zmienił - a zanim zaczęliśmy być razem to Ona płacząc w poduszkę czekałana takie zapewnienia. Więc odszedłem. Jednak juz po kilku dniach odezwała się do mnie, dała mi znać że myśli o mnie i że chce sobie z tym poradzić, że chce być ze mną. Przez tydzień dużo rozmawialiśmy, naprawialiśmy to i wróciliśmy do siebie w glorii i chwale. Miłość znowu kwitła, więc podjęliśmy pierwsze próby mieszkania razem. Sielanka kwitła do pierwszych dni sierpnia. Wtedy mieliśmy pierwszą w naszym związku sprzeczkę, dość poważną. Mniejsza o co poszło, ale nastąpiło ochłodzenie stosunków. Sprzeczka to bzdura i powinniśmy z niej wyjść bez szwanku, jednak Jej pojawiły się wątpliwości co do mnie czuje przeplatane z myślami o byłym facecie. Poważna rozmowa zakończyła się równie poważnymi wnioskami: ponownie ma wątpliwości, ponownie myśli o byłym i zastanawia się czy coś do niego czuje, jednocześnie czując odpływ uczucia do mnie. W zasadzie się rozeszliśmy, jednak nie mówiąc sobie o tym wprost. Kilka dni później przystała na propozycję byłego dot. spotkania. Wściekłem się niemożebnie, padły ostre słowa, wzbudzając w Niej poczucie winy. Płakała. Dwa dni później spotkaliśmy się, oddałem Jej rzeczy. Była smutna bardzo...chciała porozmawiać. Spotkaliśmy się więc w sobotę. Długo rozmawialiśmy, powiedziałem że nie mam do niej żalu, że na brak uczucia nie można nic poradzić, że to był tylko epizod (choć wspaniały) i żeby się o mnie nie martwiła, bo sobie poradzę, nie chcę Jej litości. Powiedziałem (i czułem to), że najlepszym rozwiązaniem dla obojga, najzdrowszym będzie całkowite zerwanie kontaktu, bo ja się wtedy szybciej wyleczę i będę miał czyste serce z miejscem na nowe uczucie. A Ona? Strasznie się popłakała, przytulałem ją chyba z godzinę bez słów (bolało...). Pocałowałem i odszedłem. Straszny ból czułem i rozerwanie, bo w tej rozmowie widziałem i słyszałem, że Ona coś do mnie czuje. Wróciłem do niej po godzinie, nie myślac chyba co robię. Nadal płakała. Ucieszyła się, że przyjechałem. Kupiłem butelkę wina i siedzieliśmy do późna gadając o wszystkim i o niczym, przeplatając luźne tete-a-tete nawiązaniami do naszej sytuacji. Zostałem do rana. Następnego dnia zjedliśmy śniadanie i spędziliśmy cały dzień razem. Cudowny dzień, znowu była taka jak zawsze, ja też. Szukała kontaktu (dłoń), kładła głowę na moim ramieniu, patrzyła się długo w moje oczy. Rozmawialiśmy też długo na nasz temat, niestety nie dochodząc do żadnych konkretnych wniosków.
Dlaczego nie doszliśmy do żadnych wniosków? Dlaczego jest to sytuacja patowa?
Z jednej strony wychodzi na to, że nie możemy bez siebie żyć. Patrzy na mnie jak na obrazek Proroka Ezechiasza. Przytula się do mnie, łapie za rękę. Kiedy mówię w sumie na luzie, że nam nie wyszło, to pojawiają się Jej łzy w oczach. Kiedy mówię (trochę mam wyrzuty sumienia za tą zagrywkę), że jest ktoś z kim chciałbym spróbować jak już się uspokoję emocjonalnie to też ma łzy w oczach. Ciekawi ją (zazdrość!), jaki mam stosunek do panny A czy panny B...W końcu powiedziała smutno, że boi się że za jakiś czas będzie płakać że straciła najważniejszą osobę w swoim życiu. Wybaczcie mi nieskromność, ale widzę jak Jej imponuję swoją osobowością, wrażliwością, widzę jak na mnie nadal patrzy...Ciekawe jest też to, że powiedziała, że z były się spotkała bo chciała zmierzyć swe niewytłumaczalne tęsknoty z rzeczywistością. I co? Nic nie poczuła, żadnego ukłucia w sercu gdy zobaczyła, wręcz gość wzbudził w Niej negatywne odczucia. Ja natomiast wzbudzam w Niej zarówno uczucia pozytywne jak i sprawiam, że czuje to sciskanie w dołku...
Z drugiej strony już kiedyś wróciliśmy do siebie, już miała wątpliwości i czuję że gdybyśmy teraz zeszli się ponownie to znowu jej chwiejność dała by o sobie znać. Znowu za jakiś czas mógłbym usłyszeć, że nie wie co do mnie czuje...A jeśli nie to żyłbym w strachu, że to usłyszę.
Stale utwierdzam ją w przekonaniu, że musi być sama, że to nie ma sensu (jednocześnie jestem przy niej, dziś się znowu widzimy - Ona jest trochę dla mnie jak narkotyk), że musi uporządkować siebie. I Ona wie o tym. Jednak daje mi cały czas do zrozumienia, mówi o tym, że bardzo by chciała żebym poczekał, bo Ona się uporządkuje wewnętrznie. Jednocześnie nic ode mnie nie oczekuje, nie chce mnie wykorzystywać. Powiedziałem Jej że ja nie lubię poczekalni a kolejki mnie wkurzają. I mimo że bardzo bym chciał, to się boję braku gwarancji i straconego czasu, że muszę iść do przodu, by kiedyś znaleźć nową miłość...i znowu Jej smutno...i znowu łezka płynie po Jej ślicznym policzku...
Przecież to jest PAT!!! Co ja mam zrobić?????
